Chorwacja 2016 - relacja z rejsu

Dalmacja to historyczna chorwacka kraina, rozciągająca się 50km pasem wzdłuż wybrzeża od Zadaru do Dubrovnika. Nasza ekspedycja miała swój początek i koniec w małym, portowym miasteczku o nazwie Trogir, które położone jest w środkowej części Dalmacji.

Krajobraz Dalmacji zdobiony jest przez rozmaite formy skalne przynależnych wysp, których jest podobno około tysiąca. Osobiście widoki te zrobiły na mnie piorunujące wrażenie - błękitna woda, z której wyrastają porośnięte skałami wyspy, a ich szczyty zakończone są malowniczą i różnorodną florą. Krystalicznie czysta i ciepła woda (może niekoniecznie w kwietniu), której zasolenie sięga 4% (dla porównania, Bałtyk ma tylko 1% zasolenia) stwarzają doskonałe warunki do nurkowania oraz do uprawnia innych sportów wodnych. Zatoczki to doskonale miejsce na odpoczynek w ciszy wśród wspaniałych krajobrazów...

Dzień 1, sobota 02.04.2016 - początek żeglarskiej przygody

Nasz żeglarski dzień rozpoczął się dość późno. Około godziny 1400 dotarliśmy do Trogiru. Dawid poszedł poszukać kogoś z obsługi, aby załatwiać formalności związane z czarterem. Nasza łódź została zlokalizowana. Był to piękny, biały Sun Odyssey 42i - pływający hotel o długości prawie 13 metrów (42 stopy) z miejscem dla 8 osób i dwiema łazienkami. Asia z Moniką spały na dziobie i miały własną łazienkę. Na rufie, w jednej kabinie spali Dawid z Robertem, a w drugiej Maciej z Kubą. Adamowi i mnie przyszło mieszkać w salonie z aneksem kuchennym. Miało to swoje wady i zalety. Wadę widziałem jedną - brak możliwości rozpakowania się. Zalety? Po pierwsze, to my określaliśmy kiedy kończy się impreza w mesie. Po drugie - wyprowadziłem się z jachtu jako pierwszy - nie musiałem się pakować, bo nie byłem rozpakowany :)

Mniej więcej o godzinie 1600 wypłynęliśmy z portu. Opłynęliśmy wyspę Otok Čiovo lewą burtą, kierując się na SE. Po opłynięciu wyspy Dawid zmienił kierunek, kierując się na południe, a następnie obrał kurs 120, prowadząc łódkę w okolice miasta Bobovišća, by zakończyć pierwszy dzień rejsu. Stanęliśmy na noc na bojce w małej zatoczce, cumując rufą do nabrzeża, po czym udaliśmy się na zasłużony odpoczynek... 

Dzień 2, niedziela 03.04.2016 - czas poznać zabawki jachtowe 

Drugi dzień rozpoczął się dość wcześnie, bo około 0600. Nie ma co tracić czasu na sen, skoro czeka na nas wielka woda! Zebraliśmy się bardzo szybko, cumy zostały oddane i popłynęliśmy dalej na południe, w kierunku wyspy Hvar. Początek dnia nie był zbyt przyjemny. Było chłodno i mglisto, większość załogi siedziała w kurtce i czapce. Klimat zupełnie nie podobny do południowego wybrzeża Europy. Przed chłodem uratowały nas dziewczyny, które zrobiły pierwsze śniadanie na jachcie - jajecznicę z cebulką, której było tak dużo, że żaden szkorbut nie był nam straszny :) Przy okazji zapoznaliśmy się z elektroniką jachtową.

Gdzieś w okolicach miasta Hvar, w miejscu o współrzędnych około 43°10' N 016°25' E, nagle się rozpogodziło do tego stopnia, że wszyscy zaczęli się rozbierać w trybie ekspresowym do krótkich rękawków i spodenek. Zdziwiłem się, jak szybko może się tutaj zmienić pogoda. Do miejskiej kei w Hvar dobiliśmy jako pierwsi żeglarze w tym roku! Niestety, komitetu powitalnego nie było. To właśnie tutaj zrobiłem pierwsze zdjęcia naszych jachtowych bander - polskiej i bydgoskiej. Na miejscu szybkie zwiedzanie, lokalne piwko a Robert - nasz pokładowy maratończyk - poszedł pobiegać. Co można tutaj zobaczyć? Fortecę Španjola, hvarską katedrę, hvarski teatr (i Arsenał) założony w 1612 roku, klasztor franciszkański. Ciekawostka - Hvar słynie z najstarszego teatru narodowego w Europie.

O godzinie 1500 ruszyliśmy dalej na południe, w kierunku wyspy Korčula. Na wysokości wyspy Vis obraliśmy kurs 120, kierując się powoli do kolejnego miejsca nocnego postoju - do miasta Vela Luka. Jest to największe miasteczko na tej wyspie, liczące około 5000 mieszkańców. Tubylcy zajmują się rolnictwem, rybołówstwem i turystyką. W Vela Luka znajdują się również stocznia Greben oraz fabryka przetwórstwa rybnego Jadranka, a także inne mniejsze zakłady przemysłowe i gospodarcze. Po zacumowaniu longsidem do nabrzeża, wyskoczyliśmy na szybki spacer, który zakończył się uzupełnieniem zawartości alkoholu we krwi chorwackim piwkiem :) Po powrocie do pływającego hotelu szybka kolacja, deser i spoczynek...

Dzień 3, poniedziałek 04.04.2016 - w końcu coś zaczęło wiać

Przez ostatnie dwa dni, naszym głównym napędem był wynalazek Rudolfa Diesla - 50-konna, 4-cylindrowa jednostka firmy Yanmar. Wiatr nas niestety nie rozpieszczał. Trzeciego dnia w końcu coś zaczęło wiać. Wstaliśmy skoro świt. Cumy z polerów zostały zdjęte około godziny 0630. Poranna kawa, szybkie śniadanie, kurs 170, prędkość wiatru 13 węzłów, prędkość po wodzie 5 węzłów. W końcu coś płyniemy :) Skoczyliśmy sobie na południowy wschód w kierunku tajemniczej i nieco dzikiej wyspy Lastovo. Wyspa ta położona jest na południe od Chorwacji, około 13 kilometrów od Korčuli i jest zupełnie inna niż pozostałe odwiedzone przez nas wyspy. Jest to ciche, spokojne miejsce, położone z dala od cywilizacji, w którym nie znajdzie się ciągów hotelowych, dyskotek i centrów handlowych. Moją uwagę przykuły powojenne bunkry oraz swego rodzaju wyrwy w skałach, układające się jakby na wzór jaskiń. Niestety w związku z tym, że nasz docelowy port Pasadur był nieczynny (brak prądu i wody), musieliśmy popłynąć w inne miejsce, przez co nie udało mi się zwiedzić tych miejsc. A byłem gotów zostawić wszystko, zwodować sobie ponton, odpalić podręcznego dwusuwa i udać się na eksplorację. Cóż, jest powód, aby tu wrócić w przyszłości...

Robiło się już dosyć późno, Pasadur popsuł nam trochę plany. Szybka decyzja kapitana Adama i płyniemy na północną część wyspy, gdzie zatrzymaliśmy się w Zaklopaticy. Ta malutka wioska rybacka położona jest około 2 km od Lastova, w uroczej zatoce. W Zaklopaticy oprócz kilkunastu domków, dwóch tawern i punktu skup ryb, nie ma nic, a do najbliższego sklepu trzeba iść dwa kilometry. Postanowiliśmy tego wieczoru zjeść kolację w lokalnej restauracji. Podłączyliśmy prąd, zatankowałem zbiorniki z wodą a następnie wziąłem chłodny prysznic w marinie. Po 2 dniach kąpieli w jachtowej łazience, mierzącej około 40 cm x 100 cm na prawdę była to rozkosz nie do opisania. W restauracji Triton Restaurant - B&B zamówiliśmy jeden komplet dań dla 8 osób. Na przystawkę podano nam coś w rodzaju sałatki z tuńczykiem, grillowane krewetki w jakiejś panierce oraz talary z kalmara. Następnie, podano nam risotto z kalmarem i warzywami, duszone w białym winie, a gwoździem programu był talerz lokalnych, świeżych, grillowanych ryb. Niektóre były przepyszne, inne paskudne. Ośmiornica tryskała atramentem. Ogólne wrażenia - bardzo dobre. Za tą wyrafinowaną kolację zapłaciliśmy 28 euro od osoby. Do kolacji dostaliśmy dwie butelki lokalnego wina i wodę. Warto było wydać te pieniądze, żeby posmakować czegoś nowego i na prawdę dobrego. Najedzeni, wykąpani i zatankowani pod sam korek idziemy spać, aby następnego dnia ruszyć dalej...

Dzień 4, wtorek 05.04.2016 - zdechł wiatr, skończyło się piwo, słońce nie daje nam chwili wytchnienia

Korzystając z tego, że stoimy w małej marinie, rano się jeszcze raz wykąpałem - tak na zapas. Nie wiem kiedy następnym razem doznam takiego dobrodziejstwa. Robert poszedł pobiegać, robiąc przy tym niesamowite zdjęcia. Ruszyliśmy odrobinę później niż zawsze, ale i tak na tyle szybko, aby spotkać miejscowych rybaków, spędzających słoneczny poranek na połowie ryb. Ruszyliśmy na północny wschód, w kierunku miasta Korčula. Dla przypomnienia, dwa dni temu byliśmy w mieście Vela Luka, które leży na zachodnim krańcu wyspy. Dziś będziemy penetrować wschodnie wybrzeże znanej już nam wyspy. 

Mniej więcej w połowie drogi na Korčulę przestał wiać wiatr. Co gorsza, zorientowaliśmy się, że skończyły nam się zapasy piwa. Zaczęła nam doskwierać nuda. Znowu płyniemy na silniku, ile można! Czas się zabawić. Zaczęło się niepozornie od moczenia stóp w morskiej wodzie, a skończyło się na pełnej kąpieli. Reakcja mojego organizmu na wejście do wody dała wszystkim do zrozumienia, że jej temperatura nie przekroczyła 15°C. Niestety, nie mieliśmy żadnego termometru, aby sprawdzić mój domniemany odczyt. Sonar w tym miejscu wskazywał prawie 90m głębokości. Niewiarygodnym uczuciem jest założyć maskę do nurkowania i dać nura w tak głębokiej i krystalicznie czystej wodzie. Jedyne co się pod sobą widzi to gradientowe przyciemnianie błękitnej otchłani, nicość... Korzystając z sytuacji przećwiczyłem wiązanie węzła ratowniczego w wodzie. Koledzy wyrzucili mi cumę, której końcówkę chwyciłem lewą ręką. Okazuje się, że miałem problem zawiązać węzeł, gdyż będąc praworęcznym, nauczyłem się go wiązać prawą ręką. Musiałem szybko zmienić ułożenie sznura wokół pasa, i dopiero jak trzymałem końcówkę w prawej ręce, zawiązałem węzeł. Doświadczenie to uświadomiło mi, żeby nauczyć się wiązać węzeł ratowniczy każdą ręką, w każdych warunkach.

W czasie naszych wygłupów w wodzie, nasz kapitan Adam smażył kapitańskie naleśniki. Dlaczego kapitańskie? Bo wszystko, co ugotuje kapitan jest kapitańskie :) Lepsze naleśniki smaży tylko moja żona. Najedzeni, wykąpani i uchachani płyniemy dalej w kierunku NE. 

Około godziny 1800 wpłynęliśmy do Korčuli. Główną atrakcją tego miasteczka jest Stare Miasto, które przypomina kształtem szkielet ryby (można to zobaczyć tu). Otoczone jest trzynastowiecznym murem miejskim, który miał chronić miasto w czasie II wojny wenecko-genueńskiej. Według niektórych uczonych, w Korčuli urodził się Marco Polo, a jego dom, przekształcony przez władze miasta w muzeum można podziwiać do dziś. Korčula słynie również z Międzynarodowego Festiwalu Marco Polo, podczas którego głównym wydarzeniem są wykonania folklorystycznych pieśni oraz degustacja wina. Warto również wspomnieć, że tradycją tutejszego miejsca jest taniec z mieczami "Moreška". Wykonywany jest 28 i 29 lipca w święto Sv. Todor (św. Teodora) oraz w trakcie trwania festiwalu Moreška, Kumpanija i Moštra.

Wieczorem udaliśmy się na miasto, w celu eksploracji tutejszych zakątków. Trafiliśmy do miejsca o nazwie Škver - malutkiej, lokalnej restauracji, umieszczonej w podwórku jakiejś uliczki. Skusił nas klimat tego miejsca: mieszkańcy grający w karty, biegające po podwórku dzieci, rozwieszone na piętrze pomiędzy okiennicami pranie. Słowem - domowa atmosfera. Właściciel restauracji okazał się bardzo miłym, starszym panem, dumnym ze swoje wnuczki, która biegała między stolikami, to tu, to tam. Pan Właściciel zaproponował nam ich domowe wino, w dobrej cenie. Litrowa karafka tego napitku kosztowała 70 kun, co daje w przeliczeniu na złotówki 42 złote. Osobiście mi ten trunek nie smakował - był lekko gazowany a przy tym zbyt cierpki i wytrawny. Po opróżnieniu trzech karafek, udaliśmy się na skromne zakupy, a następnie na jacht w celu spożycia kolacji, po której upojeni i najedzeni położyliśmy się spać...

Dzień 5, środa 06.04.2016 - manewry, manewry i jeszcze raz manewry

Wstaliśmy o wschodzie słońca. Widok słońca wychylającego się zza chorwackich gór zaparł mi dech w piersiach. Śniadanie zjedliśmy na jachcie w porcie, ponieważ po śniadaniu mieliśmy w planach poćwiczyć manewry portowe. Dostaliśmy zgodę bosmana, po czym każdy kto miał ochotę przećwiczył podejście i odejście do kei. Trwało to dosyć długo, ale było to niesamowicie praktyczne doświadczenie, które okazało się nie tak trudne, jak mi się wydawało na początku.

Po paru godzinach kręcenia się w kółko, zatankowaliśmy zbiorniki z wodą i ruszyliśmy dalej, baksztagiem w kierunku NW. Po minięciu półwyspu Pelješac, ktoś wyłączył wiatr i trzeba było znowu odpalić diesla. Po paru godzinach wiatr wrócił, podnieśliśmy żagle i kolejnym baksztagiem pożeglowaliśmy w kierunku wschodniego wybrzeża wyspy Hvar - wioski Sučuraj. Wiatr nam sprzyjał do samego końca piątego dnia. Było tak fajnie, że w naszych głowach zrodził się pomysł nocnej przeprawy na wschód w kierunku Gradac lub Ploče. Ostatecznie, zakończyliśmy dzień przybiciem longsidem do kei w Sučuraj. Wioska liczy około 400 mieszkańców. O tym miejscu nie napiszę zbyt wiele, gdyż nawet nie poszedłem go zwiedzać. Miejsce to nie wywarło na mnie pierwszego dobrego wrażenia, prawdopodobnie dlatego, że większość budynków była w remoncie. Środa zakończyła się prysznicem w jachtowej łazience i kolacją.

Dzień 6, czwartek 07.04.2016 - wczasów ciąg dalszy

Czwartek rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w nocy. Nie mogłem spać. Zbudził mnie kwiczący bom i uderzający o maszt fał grota. Tego poranka miałem kryzys, nie chciało mi się wstać, ale w końcu się podniosłem. Odkleiliśmy się od kei i popłynęliśmy w kierunku wyspy Brač na NW. W połowie drogi standardowo wiatr ucichł. Staliśmy w miejscu. Znowu dopadła nas nuda, ale tylko na chwilkę, bo Dawid z Robertem zwodowali ponton, zamontowali silnik i kręcili bączki wokół naszego jachtu, a ja wskoczyłem do wody, tym razem z maską, rurką i płetwami. Woda była tak czysta, że po zanurkowaniu widać było budowę naszej łódki od dołu. Niesamowicie długa płetwa mieczowa oraz śruba w okolicach rufy, dwu i pół tonowy balast typu bulbkil pod śródokręciem oraz ster strumieniowy na dziobie. Po wygłupach wiatr wrócił - czym prędzej popłynęliśmy do nieznanej z nazwy zatoczki na wschodnim wybrzeżu wyspy Brač (zobacz mapę). Stanęliśmy na kotwicy. Głębokość około 6 metrów, wysokie klify, krystalicznie czysta woda i oddalona o kilkadziesiąt metrów "plaża"       przekonały mnie do kolejnej kąpieli w tym niesamowicie malowniczym miejscu. Dziewczyny wskoczyły na ponton i wraz z Dawidem popłynęły do brzegu. Ja wskoczyłem do wody i popłynąłem o własnych siłach. Dobrze, że miałem na nogach płetwy, bo plaża okazała się strasznie kamienista. Po tych uciechach zjedliśmy syty obiad i ruszyliśmy dalej, tym razem w stronę miasteczka Sumartin, gdzie spędziliśmy ostatnią noc na wodzie. W międzyczasie Robert wskoczył do płynącego za jachtem pontonu, żeby poczuć moc naszego 50 konnego diesla.

Sumartin jest najmłodszą miejscowością na wyspie. Zostało założone w XVII wieku przez uchodźców z Przymorza Makarskiego, uciekających przed Turkami. Życie tu ma swój klimat. Na balkonach siedzą dziewczyny i obserwują co się dzieje na przystani. Na kei bawią się dzieci, mocząc wędki w wodzie i wyciągając co jakiś czas rybę. Mieszkańcy spotykają się w barze, aby pogadać, pośpiewać, wypić piwo i niczym się nie przejmować. Kelnerki tańczą i śpiewają za barem, uśmiechając i śmiejąc się do nas. Zupełnie inny świat, jakby czas zatrzymał się w miejscu... We wspomnianym barze urządziliśmy sobie pożegnalną posiadówkę przy lokalnym piwku. Kelnerka przyniosła nam z uśmiechem na twarzy domowe, cieplutkie chruściki mówiąc przy tym "It's for you from us!". Aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Na koniec grzecznie się pożegnaliśmy, właściciel życzył nam udanej podróży i zaprosił do swojej knajpki w przyszłości. Ostatnią noc spędziliśmy w tym zaczarowanym miejscu, oddychając przy tym powietrzem, które przyniosło Jugo...

Dzień 7, piątek 08.04.2016 - czas wracać do domu...

Zebraliśmy się do wyjścia z portu około godziny 0730. Wiatr tego dnia był idealny, południowo-wschodnie Jugo, które wiało z prędkością od 16 do 22 węzłów, co dało nam prędkość na wodzie 6 - 7 węzłów w baksztagu. Idealne warunki na powrót. W parę godzin przepłynęliśmy dystans dłuższy niż w jakikolwiek inny dzień. Chłopacy się pobawili w prawdziwych sterników, kontrując ster na falach, a Maciej, regatowiec z krwi i kości zadecydował, że popłyniemy fordewindem na motyla. Sam nawet zgłosił się na ochotnika, aby zostać wytykiem :) Założył szelki, przypiął się do stenwanty, wyszedł za relingi i położył się na szocie genui, aby wypchnąć ją jak najbardziej na burtę nawietrzną. Czego ten chłopak nie zrobi dla trymowania żagli :) Około godziny 1530 dopłynęliśmy do portu docelowego, gdzie czekał już na nas armator, aby odebrać łódkę. Szybki i relaksujący prysznic, ostatni obiad na jachcie i wyprowadzka. Nasze wczasy pod żaglami dobiegły końca. O godzinie 1730 ruszyliśmy do domu.

Był to niesamowity, pełen przygód i doświadczeń czas. Cały wyjazd był zaskoczeniem i niespodzianką, jakiej nie mogłem się spodziewać. Był to tydzień, w czasie którego odpocząłem, wiele się nauczyłem, zebrałem siły i ponownie zakochałem się w żeglarstwie.